M&D czyli sesja w górach o wschodzie Słońca
Plenery ślubne organizowane innego dnia niż dzień ślubu, to szczególne sesje.
Z jednej strony wymagają od nas dysponowaniem wolnym od pracy czasem, ich planowanie często obarczone jest ryzykiem kapryśnej pogody w ten wybrany dzień. Oczywiście nie na wszystkie tego typu plenery potrzebujemy całego dnia, wliczając w to dojazd, dużo ich wykonujemy w bliskich lokalizacjach i często zamykamy je w maksymalnie 1,5 do dwóch godzin, bo są obarczane dużo mniejszym wyzwaniem logistycznym.
Z drugiej strony… taki osobny dzień plenerowy pozwala na totalną swobodę w wyborze lokalizacji, pory dnia, czyli spełniania Waszych marzeń, które mieliście odnośnie zdjęć.
Istota fotografii ślubnej zawsze dla mnie było skupienie na Was, na Waszej wzajemnej relacji, miłości i pasji do drugiej osoby. Często wystarczającym tłem dla całej najważniejszej treści zawartej na zdjęciach (czyli Was) 😁 wystarczy kilka krzaków, prosta ściana, piękne światło.
Czasami jednak gdzieś w Was jest pragnienie by poza bliskimi kadrami stworzyć cos niecodziennego na tych zdjęciach. Górskie panoramy potrafią tutaj dać przepiękne tło dla Waszej relacji.
Z takiego założenia wyszli Martyna oraz Damian. W planach była realizacja pleneru w górach, a dokładnie padło na Malinowskie Skały w Beskidach, które mamy na szlaku między Białym Krzyżem, a Skrzycznem.
Był maj, jak to zwykle bywa kapryśny w pogodę. Żeby załapać się na piękne światło mieliśmy dwie opcje: zachód lub wschód Słońca.
Zachód szybko odpadł z racji tego, że na tym szlaku porusza się ogromna ilość turystów, tym bardziej w końcówce dnia.
Pozostał wschód… OK. Szybkie liczenie ile czasu potrzebujemy na dojście, zdjęcia, zmiana ubrań…
Wyszło, że jakoś tak po trzeciej w nocy wypadałoby wyjść z parkingu.
Dojeżdżając, kilkukrotnie straszyło deszczem ale na szczęście omijał nasz rejon szerokim łukiem.
Jako, że godzina wyjścia była, jaka była, temperatura oscylowała w okolicy 2st. Jak dobrze pamiętam, nikomu nie przeszło przez myśl narzekać.
Mniej więcej w połowie szlaku rozpoczął się spektakl wschodzącego Słońca. Gdzieś tam jeszcze daleko za horyzontom budzące dzień Słońce rozświetlało błękit nieba.
Tutaj nie było głębszego zastanawiania, szybkie pozbycie się softshelli, znalezienie kawałka odkrytej grani i cyk, zaczęliśmy.
Ponownie softshelle na siebie i w górę, bo jeszcze trochę drogi nam do celu zostało.
Na Malinowskich Skałach byliśmy otoczeni przepięknym górskim porankiem. Doliny otulone w porannej mgle, malownicze miękkie światło.
Cisza, spokój. Tylko nasza trójka w tak cudownych okolicznościach przyrody.
Działy się przepiękne rzeczy. Było romantycznie, było filmowo, było epicko…
Zapraszam na kilka kadrów ze ślubnej sesji plenerowej Martyny i Damiana.